Menu

LEKKIE PIÓRA

Jak rozwijać w dzieciach wyobraźnię, wrażliwość i kreatywność? Literatura dla dzieci - recenzje i opowiadania.

Wszystko

"O zachowaniu się przy stole". Opowiadanie dla dzieci. Małgorzata Połeć-Rozbicka

lekkiepiora

O_zachowaniu_si_przy_stoleMichalina pieczołowicie składała serwetki w kolorze ciemnej jagody w fantazyjne żagle i ustawiała je na talerzykach. Tata kończył właśnie przyrządzać sos balsamiczny do wieprzowych roladek, a w piekarniku dopiekały się, w towarzystwie ziół prowansalskich, ziemniaczki francuskie. Każdy weekend u taty zawsze rozpoczynał się przepysznym obiadem. Tata – miłośnik kulinariów, mistrz kuchni i zawodowy kucharz z wielką troską dbał o podniebienia swoich dzieci i uczył ich od zawsze sztuki delektowania się posiłkiem – jedzenie nie tylko miało być smaczne, ale i ze smakiem powinno być podane. Michalina ostatni raz rzuciła okiem na stół w jadalni. Czegoś jeszcze jej brakowało.

- Już wiem! Gdzie masz świeczki? – zapytała tatę.

- W kredensie, na drugiej półce od góry, a w prawej szufladzie są te do podgrzewacza – odpowiedział tata, próbując przekrzyczeć jednostajny szum elektrycznego okapu.

Dziewczynka wyjęła z kuchennej szafki szklaną miskę, nalała do niej wody i włożyła kilka świeczek w aluminiowych osłonkach, które natychmiast zaczęły wolniutko żeglować po ograniczonej powierzchni. Potem zerwała kilka płatków z kwiatu storczyka, kończącego swój żywot na parapecie okiennym i delikatnie ułożyła je na powierzchni wody. Stół był już udekorowany wspaniale. Brakowało tylko Leona, który właśnie powinien kończyć swój trening piłkarski. Tata już nawet zaczynał się niepokoić, że obiad wystygnie, ale na szczęście w korytarzu rozległ się głos dzwonka. Oboje wybiegli do przedpokoju, Michasia przekręciła zasuwkę i w drzwiach stanęli Leon z mamą. Chłopiec wbiegł do środka i rzucił się tacie na szyję.

- Bawcie się dobrze u taty! Pamiętajcie o myciu zębów! – powiedziała mama na pożegnanie, a w zamian dzieci dały jej soczystego buziaka. – Pa, pa! – zawołała już z piętra niżej.

- Myjcie ręce i siadajcie do stołu! – powiedział tata, zamykając za nią drzwi. – Dziś na deser – niespodzianka. Lepiej się pospieszcie.

Obietnica poobiednich słodkości zadziałała. Dzieci po chwili siedziały już przy stole, a tata podawał na półmisku gorące danie. Pachniało wspaniale, aż ślinka ciekła. Chłopiec niecierpliwie wiercił się na krześle, machając nogami we wszystkich możliwych kierunkach, sprzedając co chwilę przypadkowego kopniaka starszej siostrze. A ta straciła wreszcie cierpliwość:

- Leonie, siedź spokojnie! Jak ty się zachowujesz przy stole?

- Michasia ma rację. Usiądź porządnie, oprzyj ręce nadgarstkami o krawędź stołu i poczekaj, aż wszyscy zaczniemy jeść – zwrócił uwagę tata, bo syn już zabierał się do nakładania sobie posiłku. – To nieładnie zaczynać posiłek samemu. Poczekaj chwilę, aż wszystko przygotuję i do was dołączę.

Leon niezbyt chętnie, ale jednak, przyjął pozycję zasugerowaną przez ojca. Na szczęście nie musiał długo czekać, bo nie wiadomo ile jeszcze by wytrzymał i wokół stołu zasiedli już wszyscy domownicy.

- Tato! Jak to pięknie wygląda i cudownie pachnie! – dziewczynka upajała się widokiem pieczonych ziemniaczków, ozdobionych listkami świeżej bazylii.

- Mam nadzieję, że tak samo będzie smakować! – tata wyraźnie się ucieszył, że jego starania zostały docenione – Jedzmy, bo wystygnie – i już zamierzał podać córce półmisek, żeby wybrała dla siebie kawałek mięsa, gdy niespodziewanie wylądowała na nim ręka Leona i porwała smakowity kąsek.

- Leoś?! – wyraziła swoje niezadowolenie siostra.

-No co? Głodny jestem! – tłumaczył się chłopiec.

- Synku – zaczął tata, a to oznaczało, że za chwile zacznie się dłuższy wykład – sztućców używali już ludzie pierwotni, a ty w XXI wieku nie możesz?

- Jak to? – zainteresował się chłopiec – Naprawdę! Przecież oni tylko biegali z dzidami, polowali na mamuty i zbierali nasionka w lesie.

- A sztućce mieli! – zapewnił tata – I wcale nie zmyślam. Archeolodzy już w wykopaliskach sprzed tysięcy lat znajdowali czerpaki do płynów, z których ludzie pili wodę, podnosząc je wprost do ust. To był taki prototyp łyżki. Łyżka była pierwszym sztućcem, czyli przyrządem wykorzystywanym przez ludzi do jedzenia pokarmów.

- No właśnie. A Michasia nie podała łyżek! -  Leon dalej się bronił.

- Do łyżek zaraz potem dołączyły noże, które zaczęły pomagać w porcjowaniu mięsa, a noże dały początek widelcom – wyjaśniał prywatny znawca kuchni.

- Widelce pochodzą od noży? – zdziwiła się tym razem córka. – Aż trudno w to uwierzyć.

- Wyobraź sobie – tata namawiał, by poszła za tropem ludzkiej myśli - niewielki kawałek mięsa, nadziany na ostrze, był idealną porcją, którą wygodnie można było dostarczyć do ust. Stąd właśnie wziął się widelec – ostry szpikulec, na którym znakomicie trzymają się niewielkie porcje pokarmu. 

- A z czego niby robili te sztućce, jak nie znali jeszcze stali? – wietrzył podstęp Leon. Ale tata był przygotowany na takie pytanie:

- Pierwotnie sztućce były drewniane, w XVI wieku płatnerze zaczęli je wykonywać z metalu: z miedzi, cynku, srebra. W Polsce pierwszy słynny, przepięknie zdobiony, zestaw sztućców zakupił Wacław Potocki.

- Ojej! Nasz pra-, pra-, pra-, pradziadek – ucieszyła się Michalina.

- Nie – roześmiał się tata – to tylko zbieżność nazwisk. Ale porządne zachowanie przy stole dotyczy wszystkich.

- Ale po co? – nie mógł się pogodzić z koniecznością posiadania dobrych manier chłopiec.

- To kwestia kultury i higieny – cierpliwie tłumaczył tata – kiedy bierzesz z półmiska jedzenie ręką, dotykasz nią też pozostałych porcji, które wkrótce weźmie ktoś inny. Myślę, że i ty nie chciałbyś jeść kawałka mięsa, które ktoś dotykał swoim palcem – czasami brudnym, czasami obślinionym… - odwołał się do niezbyt estetycznych obrazów, które jednak podziałały:

- Fuj! – wykrzyknął Leon, a Michalina dołączyła do niego i zaprotestowała:

- Tato!!! To obrzydliwe! Przy jedzeniu nie mówi się takich rzeczy.

- No tak, to prawda – zgodził się tata i od razu przypomniał delikatnie synowi – nie mówi się też z pełną buzią i zamyka się usta podczas rozgryzania.

Ale chłopiec w ogóle nie przejął się kierowaną do niego uwagą. Podniósł się i raźno wyciągnął rękę po solniczkę, stojącą na drugim krańcu stołu, trafiając mankietem koszuli dokładnie między usta siostry, a kawałek roladki wieprzowej na widelcu, którą ta za chwilę miała zamiar połknąć. Efekt zdarzenia nikomu się nie spodobał: ani Leonowi, którego rękaw koszuli nieuchronnie się pobrudził, ani Michasi, która straciła swój pokarm w pół drogi, a usta już miała otwarte, ani tacie, którego T-shirt z nadrukiem ulubionego zespołu przyjął na siebie kilka kropel, rozchlapanego przez upadającą roladkę, sosu.

- A przecież mogłam ci podać – skwitowała dziewczynka – wystarczyło poprosić…

- Tę lekcję Leosiu, chyba zapamiętasz. Od stołu się nie wstaje i nie sięga się przez niego ręką, żeby wziąć coś, czego potrzebujesz. Wystarczy grzecznie poprosić sąsiada. Na pewno chętnie ci pomoże – rozpoczął kolejny wykład tata. Nic więc dziwnego, że Leon skrzywił się i naburmuszył. Ojciec jednak czujnie to zauważył i żeby nie psuć, miło zapowiadającego się weekendu, szybko dodał:

- Nic się nie stało! Człowiek uczy się na błędach!

I w tym momencie jego widelec z brzękiem dotknął kuchennej podłogi.

- O, kurczę! – poskarżył się tata.

- A czasami coś się po prostu zrobi przypadkiem… - wziął Leon należny mu odwet, za wszystkie wcześniejsze strofowania i pouczenia - i wtedy wystarczy przeprosić!

 - Przepraszam! – zreflektował się tata.

- Naprawdę, nie ma problemu! Nie przejmuj się tym, proszę! – z nutą nonszalancji odpowiedział chłopak i to zachowanie zgodne z etykietą sprawiło mu nagle wielką przyjemność.

 

ZAPRASZAM DO GRONA STAŁYCH CZYTELNIKÓW lekkiepiora.pl

"Świąteczne życzenie", Katherine Rundell

lekkiepiora

UWAGA! RECENZJA ZAWIERA STRESZCZENIE. JEST OZNACZONE KURSYWĄ.

Swiateczne_zyczenieCzy wiecie, że są dzieci, które nie marzą o prezentach pod choinkę, ale o rodzicach, którzy ją dla nich przystroją i spędzą z nimi czas? Czy wiecie, że jednym z tych dzieci może być nasze własne? O tym właśnie smutnym aspekcie świąt Bożego Narodzenia jest książeczka dla przedszkolaków Katherine Rundell pt. „Świąteczne życzenie”.

Jej bohaterem jest Teodor, który w przedświąteczny wieczór sam próbuje ozdobić świąteczne drzewko. Oboje rodzice są w pracy, ulubiona opiekunka postanowiła spędzić wigilijny wieczór w domu a ta, która przyszła w jej zastępstwie, usnęła nad swoim smartfonem. Na szczęście akcja rozgrywa się w kulturze anglosaskiej, gdzie Wigilia nie jest jeszcze świętem i nie przypisuje się jej wielkiej wagi, ale prawda jest taka, że mały chłopiec oczekuje na święta samotnie, marząc o towarzystwie rodziców lub przyjaciół. „Rodzice nie mieli czasu, żeby kupić nowe bombki. Nie mieli czasu, żeby kupić indyka. Oboje byli w pracy. Pod choinką nie było żadnych zabawek, leżała tylko koperta z bonami prezentowymi”. W pewnym momencie Teo zobaczył spadającą gwiazdę, która mrugała na czerwono i zielono. Pomyślał więc życzenie: „nie chcę być samotny”. Wtedy na pomoc przyszły mu cztery stare i podniszczone ozdoby świąteczne – konik na biegunach, rudzik, ołowiany żołnierzyk i anielica, które ożyły, aby towarzyszyć chłopcu. Miały jednak też swoje marzenia, które bez wahania Teodor pomógł im spełnić. Konik chciał pogalopować, chłopiec odkręcił mu zatem bieguny; rudzik chciał nauczyć się śpiewać – zaprowadził go więc do znanej mu nauczycielki pianina; anielica pragnęła odnowić swoje skrzydła – pozbierał więc ptasie pióra i przykleił je gumą do żucia; ołowiany żołnierzyk poszukiwał miłości swojego życia – znalazł mu lalkę-księżniczkę. W zamian za to konik spełnił życzenie chłopca. Pogalopował przed oknami biur mamy i taty i wskrzesił w nich potrzebę powrotu do domu. Rozpoznali w nim bowiem ozdobę choinkową, którą kupili na swoje pierwsze wspólne święta. Obdarzyła ich radością, zanim jeszcze zostali porwani przez wir codziennych obowiązków. Postanowili wrócić do tamtego dnia, bezwiednie spełniając świąteczne życzenie swojego syna, chociaż spadająca gwiazda okazała się zwykłym samolotem. „Ale nawet samoloty mogą zdziałać cuda, jeśli są święta Bożego Narodzenia, a ty masz w życiu odrobinę szczęścia i miłości.”

A więc: fabuła krótka i nieskomplikowana, dostosowana do wieku czytelników -przedszkolaków i uczniów pierwszych klas szkoły. Ilustracje kolorowe, utrzymane w tonacji świątecznej. Przesłanie też bardzo czytelne: dzieci przede wszystkim potrzebują uwagi i czasu, a dopiero potem atrakcyjnych zabawek. Od prezentów pod choinkę ważniejsza jest troska i uśmiech. A my, często zabiegani, przytłoczeni zawodowymi obowiązkami, które szczególnie dają się we znaki z końcem roku kalendarzowego, w szponach przedświątecznej gorączki skupiamy się na sprzątaniu mieszkania, myciu okien, praniu firanek, świątecznych ozdobach i potrawach. Zmęczeni, zaganiani, umęczeni wzmożonym ruchem i ulicznymi korkami oraz walką o miejsce w kolejce do sklepowej kasy nie mamy już siły i ochoty na entuzjazm, nawet udawany, i dobre słowo do dziecka, które łaknie w tym świątecznym okresie bliskości. Ta krótka książeczka pomoże nam zatrzymać się na chwilę i otrzeźwieć, wyrwać się z amoku walki o „idealne” święta i zastanowić się nad tym, co naprawdę jest ważne. A potem wcielić to w życie i nie przejmować się obrusem zaplamionym wigilijnym barszczem, zszarganą przez kota choinką, świerkowymi igłami wbitymi w dywan i woskiem świecy oblepiającym komodę. Zamiast tego podarujmy swoim bliskim na święta wyrozumiały uśmiech, ignorancję wobec splątanych i nie zawsze działających lampek choinkowych, bezkresną cierpliwość w stosunku do pobudzonych i rozbrykanych dzieci oraz fałszywie wyśpiewane nuty kolęd. Istotą tych świąt jest przecież radość z narodzin Dzieciątka, która wszystkich łączy i mobilizuje do bycia lepszym. Przypomnijmy więc sobie i tę radość,  kiedy nasze pociechy przychodziły na świat, i te chwile, które choć dalekie od ideału i perfekcji, były przesycone ciepłem i miłością. Znów podarujmy je sobie nawzajem. A zwłaszcza własnym dzieciom… Czego i sobie, i swoim Czytelnikom wraz z nadchodzącymi Świętami życzę!

 

ZAPRASZAM DO GRONA STAŁYCH CZYTELNIKÓW lekkiepiora.pl

"Zwyczaje na Dzień Dobry!", Małgorzata Połeć-Rozbicka. Opowiadanie dla dzieci

lekkiepiora

Kiedy Piotruś zszedł do szatni, dziadek już na niego czekał – wyprostowany, uśmiechnięty i elegancko ubrany. Z dużą swobodą rozmawiał z babcią Malwiny, nieznacznie podkreślając swoją opowieść subtelną gestykulacją. Piotruś – nie zamierzając mu przerywać – szybko zmienił buty i naciągnął bluzę, po czym zjawił się przed nim jakby nie wiadomo skąd.

- Jestem! – zameldował wesoło – Idziemy na lody? – wypalił i sam się zdziwił skąd przyszedł mu do głowy taki pomysł.

- Czemu nie? – podchwycił dziadek, ale nagle przypomniał sobie o czymś i uzupełnił – Ale najpierw odbierzemy Weronikę z przedszkola.

Za chwilę do czekających dołączyła Malwina i we czwórkę ruszyli w stronę drzwi. Piotruś pobiegł pierwszy i natarł na nie, aż stęknęły, po czym wypadł na ulicę a drzwi zamierzały zamknąć się z hukiem. Dziadek jednak chwycił je za klamkę, przytrzymał i uprzejmie zwrócił się do babci Malwiny:

- Proszę bardzo!

- Ach, panie Władziu! Pan to zawsze taki dżentelmen.

- Cała przyjemność po mojej stronie! Mam nadzieję, że jutro znowu się spotkamy – powiedział dziadek na pożegnanie i skinął głową. Piotruś tymczasem niecierpliwił się na chodniku, mając na uwadze czekającą go słodką przyjemność i gdy tylko dziadek dołączył do niego, powiedział z wyrzutem:

- Ty tu dziadku gadasz sobie z babcią Malwiny, a Weronika na nas czeka i płacze tam pewnie w przedszkolu samotna i opuszczona.

Dziadek roześmiał się na myśl o niecierpliwie czekającej na powrót do domu zawsze rozbawionej i rozgadanej Weroniki i postanowił nie dać się wnuczkowi wystrychnąć na dudka:

- Coś mi się wydaje, że to nie Weronika, ale lody czekoladowe stoją ci przed oczyma.

Postanowił jednak już dłużej nie zwlekać i dwaj panowie raźno wyruszyli w stronę przedszkola. Na nieszczęście Piotrusia w ich stronę podążał z przeciwka sąsiad dziadka – pan Bogusław i z daleka już słał im uśmiechy, a gdy tylko się do nich zbliżył, uchylił czapkę cyklistówkę i wyciągnął prawą rękę na powitanie. Starsi panowie uścisnęli sobie dłonie, a Piotruś niecierpliwie przebierając nogami, naburmuszony i zły, że lody znowu się odwlekają, z niechęcią wymamrotał:

- Dzień dobry!

- Dzień dobry Piotrze! – powiedział pan Bogusław – Pozwól uścisnąć sobie prawicę dzielny młodzieńcze! – dodał i wyciągnął rękę w stronę Piotrusia. Nieco zbity z tropu tym zachowaniem i dziwną przemową sąsiada, Piotruś nieśmiało wyciągnął prawą dłoń do powitalnego gestu. Jednocześnie połechtany „młodzieńcem” i to na dodatek „dzielnym”, nie mówiąc już o dorosłym „Piotrze” mocno i pewnie odwzajemnił uścisk swojego rozmówcy. Zadziwiony siłą Piotrusia, pan Bogusław docenił chłopca:

- No, widać, że z ciebie już prawdziwy mężczyzna – po rycersku już się witasz. Masz krzepę kolego – po czym wdał się w krótką pogawędkę z panem Władysławem. A Piotruś tymczasem, zniecierpliwiony powiększającym się opóźnieniem próbował znaleźć sobie jakieś zajęcie. Nic mu jednak nie przychodziło do głowy, bo uparcie siedział w niej rycerz, o którym wspomniał pan Bogusław. Kiedy tylko rozmowa dwóch panów się zakończyła i wizja lodów stawała się coraz bliższa, Piotruś zagaił rozmowę:

- O co z tym rycerzem chodziło, dziadku – przecież nie mam ani miecza, ani tarczy, ani nawet zbroi, nie mówiąc już o koniu.

- Nie masz – zgodził się dziadek – ale po rycersku się umiesz zachować.

- Ja mu tylko rękę podałem… - nie rozumiał Piotruś.

- Ano właśnie! Kiedyś, kiedy rycerze chodzili zawsze uzbrojeni, podając sobie prawe dłonie oznajmiali rozmówcy, że nie mają wrogich zamiarów. Podanie prawej ręki wyraźnie dowodziło, że nikt nie trzyma w niej miecza ani nie ukrywa sztyletu. Podobnie było z uchylaniem przyłbicy. Przyłbica to przednia część hełmu rycerskiego, która osłaniała twarz. Kiedy rycerz szykował się do walki, opuszczał ją, żeby się chronić. Gdy przyłbica była otwarta, wiadomo było, że jej właściciel nie szykuje się do bitki.

- To dlatego pan Bogusław podniósł na chwilę czapkę, kiedy nas zobaczył – zawołał zadowolony ze swojego odkrycia Piotruś.

- No właśnie! Bo przyłbicę trzeba było uchylić wcześniej, żeby przeciwnik nie zdążył rozpędzić konia do natarcia – uzupełnił dziadek.

- Szkoda, że nie mam czapki – powiedział Piotruś – od razu bym ją zdejmował, gdybym Bartka zobaczył. On jest, dziadku ogromny i w ogóle nie warto się z nim bić, bo i tak zawsze dostanie się łomot. A tak, to by już nie mógł… - rozmarzył się Piotrek na myśl o sprytnym uniknięciu starcia z zawsze skłonnym do awantury Bartkiem.

- Pod warunkiem, że Bartek okazałby się rycerzem, a nie zwykłym zbójem – ośmielił się powątpiewać dziadek.

- A jak to poznać? –drążył temat wnuczek.

- Dziś rycerzy nie poznamy już po stroju, ale po zachowaniu. Są uczciwi, zawsze mówią prawdę, nigdy nie atakują z ukrycia, bronią słabszych i otaczają szacunkiem kobiety.

- To ty dziadku jesteś prawdziwym rycerzem – rycerzem Władysławem z ulicy Wesołej – podsumował Piotruś – bo tak się babcią Malwiny opiekujesz, że nawet jej drzwi otwierasz, jakby sama rąk nie miała – dodał, nie mogąc darować dziadkowi niepotrzebnej zwłoki przy wyjściu ze szkoły.

- Otwieranie drzwi kobietom to też rycerski zwyczaj, bo kiedyś drzwi do kościołów i zamków były zrobione z litego drewna z żelaznymi okuciami, były więc bardzo ciężkie. Kobiety nie miały siły same ich otworzyć, były skazane na swoich rycerzy. Teraz kobiety są niezależne od mężczyzn, bo drzwi się robi z płyty pilśniowej i nawet jakby nie miały klamek to bez trudu można by je otworzyć. Ale tradycja, została tradycją!

Zapadła chwila milczenia, Piotruś coś układał sobie w głowie, a dziadek kontynuował:

- Tak, jak i pomaganie kobietom przy wsiadaniu i wysiadaniu z samochodu. Kiedyś karety i powozy były bardzo wysokie i ubrane w obszerne suknie damy nie miały możliwości wydostania się z nich bez podstawienia służących do wychodzenia schodków. Mężczyzna więc pierwszy wyskakiwał z powozu i pomagał kobiecie wyjść. To były czasy! – rozmarzył się dziadek tak, jakby sam je pamiętał…

Na szczęście dla nich obu doszli już do przedszkola i dziadek zgłosił się po odbiór wnuczki. Weronika trochę guzdrała się w szatni, a Piotrek czytał niby mimochodem ogłoszenia wywieszone na tablicy przy drzwiach. Kiedy tylko gotowa do wyjścia siostra zbliżyła się do niego, Piotruś szarmancko złapał za drzwi i otworzył je zamaszyście.

- Proszę bardzo! – powiedział, ruchem ręki wskazując wyjście.

- Ach, jaki ty jesteś rycerski! – zawołała Weronika w biegu i pognała w stronę lodziarni. Widocznie dziadek już zdążył jej powiedzieć o czekającej ich przyjemności.

- Brawo, Piotrze! – pochwalił wnuka rycerz Władysław z ulicy Wesołej. I dwaj panowie statecznym krokiem ruszyli za zawsze rozbieganą dziewczynką.

Piotruś przez całą drogę po ulubione czekoladowe lody nie mógł się nadziwić: skąd ta mała siostra to wszystko wiedziała? W końcu nie wytrzymał i zapytał ją o to. A Weronika nie zatrzymując się nawet, w przerwie między skokiem z krawężnika a kopnięciem leżącego na chodniku kamienia, rezolutnie udzieliła mu odpowiedzi:

- Niektóre dziewczyny chcą mieć księcia!

- Żeby mieć księcia, trzeba być królewną – odparował Piotrek, ciesząc się, że on już stał się rycerzem, a Weronika jeszcze musi nad swoją rolą popracować.

- Na szczęście mam brata. Na razie wystarczy – odkrzyknęła już zza rogu kandydatka na księżniczkę, która na razie wolała jeszcze zostać niesfornym przedszkolakiem.

 

ZAPRASZAM DO GRONA STAŁYCH CZYTELNIKÓW lekkiepiora.pl 

"Momo", Michael Ende

lekkiepiora

UWAGA! RECENZJA ZAWIERA STRESZCZENIE. JEST OZNACZONE KURSYWĄ.

MomoDzisiaj o Momo. Ale nie o tej złowrogiej - „Momo Challenge”, która kradnie i czas, i umysły naszych dzieci. Dziś o Momo – dziewczynce, która uratowała świat zwracając ludziom uśmiech; głównej bohaterce klasyki literatury dziecięcej, czyli powieści Michaela Endego pt.: „Momo, czyli osobliwa historia o złodziejach czasu i dziecku, które zwróciło ludziom skradziony im czas”. Ale od początku…

Momo pojawiła się tak naprawdę znikąd i zamieszkała w opuszczonym starożytnym amfiteatrze w jednym z włoskich miast. Była obdarzona szczególną zdolnością – pomimo swojego dziecięcego wieku umiała słuchać jak nikt. Miała więc grono licznych przyjaciół, którzy słuchając własnych słów podczas snutych przed nią opowieści rozwiązywali swoje problemy i wpadali na najlepsze pomysły. I dorośli, i dzieci. „Idźże do Momo” – to najprostsza rada, jaką sobie wzajemnie dawali i najskuteczniejsza. Do czasu. Niespodziewanie w mieście pojawili się dziwni panowie o szarych twarzach, w szarych garniturach i szarych kapeluszach z nieodłącznym cygarem w ustach, którzy zachęcali mieszkańców do oszczędzania czasu i odkładania go w formie kapitału na później. Ich rozmówcy zaczęli przekonywać się do tego pomysłu i tak rezygnowali z części swoich codziennych zajęć, na rzecz efektywniejszego wykorzystania czasu. Nie spotykali się więc z przyjaciółmi, nie rozmawiali podczas pracy, nie spędzali czasu ze swoimi rodzicami i dziećmi, nie odwiedzali Momo, nie chodzili do restauracji ale do barów szybkiej obsługi, popędzając się wzajemnie i ciągle spiesząc. Oddawali się pracy bez wytchnienia, wykonywali tylko czynności przynoszące praktyczne korzyści i nie pozwalali bawić się swoim dzieciom, w zamian za to oferując tylko ciągłe zajęcia edukacyjne. I tak z każdym dniem stawali się coraz bardziej sfrustrowani i zdenerwowani, a zaoszczędzony czas w dziwny sposób znikał. O tym, co się z nim dzieje dowiedziała się właśnie Momo – otóż „szarzy panowie” kradli zaoszczędzony przez ludzi czas. Był im potrzebny do życia. Wiedza ta postawiła dziewczynkę w wielkim niebezpieczeństwie. „Szarzy panowie” uznali ją za wroga. Dziewczynka schroniła się więc, dzięki pomocy żółwicy Kasjopei, u Mistrza Hory – pana czasu, który nim zarządzał. Tam poznała tajemnicę Kwiatów Jednej Godziny, które po zrabowaniu przez „szarych panów” były suszone i przerabiane na cygara. To właśnie paląc je „szarzy panowie” utrzymywali się przy życiu. Poznając tę prawdę Momo ściągnęła na siebie zemstę złodziei czasu. Postanowili odebrać jej wszystkich przyjaciół, łącznie z dwoma najbliższymi: Beppo i Gigi, aby wymóc w ten sposób na niej obietnicę doprowadzenia do Domu Nigdy w Zaułku Nigdy, gdzie mogliby pokonać Mistrza Horę i przejąć władzę nad czasem wszystkich ludzi. Momo jednak w porozumieniu z owym Mistrzem doprowadziła do klęski „szarych panów”, którzy pozbawieni swych cygar rozpłynęli się w powietrzu, a ludzie znowu odzyskali swój czas i radość życia.

Fabuła na pierwszy rzut oka wydaje się skomplikowana, ale w rzeczywistości tak nie jest. Jest co prawda snuta z dużą dozą fantazji, ale poddaje się zasadom ciągu przyczynowo-skutkowego, choć osadzonego w świecie wyobraźni. Abstrakcyjny czas został tu zmaterializowany w postaci rozkwitających i więdnących Kwiatów Jednej Godziny, a każdy z nich jest inny. Pomaga to trochę uświadomić dzieciom istotę przemijania i brak możliwości odzyskiwania czasu, czyli Heraklitowe „nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki”. To dla nich trudne, bo ze swej natury dzieci nie poddają się presji czasu, wierząc w cudowną możliwość jego rozciągania i powtarzania. Dyscypliny czasu uczą się od nas, a my poddajemy się owej presji z kolei bardzo łatwo…

Ale dla mnie powieść Endego nie jest tylko o czasie, ale o jego optymalizacji. Znając jego wartość, staramy się go efektywnie wykorzystać i tej efektywności podporządkowujemy swoje życie. Rzecz w tym, że dla każdego z nas ta efektywność mierzona jest w innych „jednostkach”. Dla jednych z nas będą to dobra materialne, dla innych relacje międzyludzkie, możliwość autorefleksji, samodoskonalenie, gromadzenie wiedzy i umiejętności, a nawet troska o innych i poświęcenie dla nich. Czy zatem Kasa Oszczędzania Czasu tak naprawdę kradnie ludziom czas? Raczej kradnie cząstkę ich samych. Ta podejrzana organizacja dla własnych interesów manipuluje ludźmi – stawia swoim ofiarom cele, które nie są do końca ich celami, zmuszając ich tym samym do rezygnacji z własnych priorytetów i przebudowania hierarchii potrzeb i wartości. Ludzie, zmanipulowani obietnicą bliżej nieokreślonych zysków, koncentrują się na narzuconych im podstępnie ideach i ponosząc wyrzeczenia, tracą radość i sens życia. A na dodatek obiecany zysk zgarniają „złodzieje” i puszczają z dymem cygar.

Byłaby to smutna lekcja dla naszych dzieci, gdyby Momo nie uratowała świata. Na szczęście zrobiła to, i to dzięki swojej szczególnej umiejętności słuchania, która pozwalała jej zapoznać się w punktem widzenia słuchacza, ale jednocześnie nie przyjmować go za własny. Nie pozwoliła się zmanipulować „szarym panom”, bo zachowała swoją duchową odrębność, nie poddała się ślepo ich pozornie przekonującym wywodom. Nie wierzyła im bezkrytycznie, poddała ich słowa w wątpliwość i postanowiła stanąć po stronie swoich racji. A zrobiła to, ponieważ miała własne przekonania. Sądzę, że tego właśnie powinniśmy uczyć swoje dzieci.

 

ZAPRASZAM DO GRONA STAŁYCH CZYTELNIKÓW lekkiepiora.pl

Do czego naszym dzieciom potrzebne są lekkie pióra?

lekkiepiora

Szkoa_latania__malutkie...Do tego, żeby mogły latać. Żeby rozwijały swoją wyobraźnię, która otworzy przed nimi niezmierzone przestrzenie kreatywności. Wyobraźnia, wbrew pozorom, nie pozwala tylko na ucieczkę od rzeczywistości, gdy jest nam źle (chociaż i to jest czasami potrzebne), ale pozwala tę rzeczywistość kreować, pozwala wyjść poza szablony i ramy, dostosować ją do siebie i znajdować nie zawsze oczywiste, a często proste rozwiązania. Taką umiejętność dostaje każde dziecko z chwilą, gdy przychodzi na świat, a potem go poznaje i próbuje oswoić. Czasami jednak my, rodzice, oswajamy go aż za bardzo, zabierając tę wrodzoną lekkość wiary w to, że wszystko będzie dobrze, sprowadzając na ziemię nadmiernym praktycyzmem, wyznaczając i nakierowując na cele. Zapominamy przy tym, że ta droga do celu może być przyjemna i inspirująca lub wyboista i nudna. Stawiamy więc kolejne wymagania, podnosimy poprzeczki, zapisujemy na kolejne zajęcia. I nagle orientujemy się, że nasze dziecko stało się odtwórcze, ucieka przed ekran tabletu – nie doświadcza świata, ale go ogląda. Wtedy… zapisujemy je na zajęcia z twórczego działania. Uczy się więc mozolnie pozornie nowej umiejętności, której zalążek już w nim drzemał, ale wtedy sztuka ta wydawała się nam niepraktyczna… :(

Tymczasem tak ceniona obecnie kreatywność to nic innego tylko wiara, że się uda w połączeniu z potrzebą obserwacji świata i umiejętnością wyciągania wniosków oraz sporą dawką wyobraźni. Tę wyobraźnię dzieci rozwijają poprzez obcowanie ze sztuką – literaturą, muzyką i sztukami plastycznymi. Najpierw poznają muzykę - tę prawdziwą i tę z intonacji słów szeptanych nad łóżeczkiem, potem zachwycają się obrazami i poznają barwy świata. Gdy zaczynają go eksplorować, czerpią ze słów snutych przez rodziców i dziadków opowieści lub czytanych im na głos książek. Nareszcie same grają, śpiewają, tańczą, malują, piszą i czytają…

Znana wszystkim bajka o Czerwonym Kapturku nie tylko uczy, że trzeba słuchać mamy, ale pozwala dziecku zbudować „oczami duszy” świat, w którym ta historia się rozgrywa. Pozwala dziecku na bezpieczne eksperymentowanie w wyobraźni, co „ja bym zrobił, gdybym znalazł się w takiej sytuacji?” I choć pewnie pomysły na to zachowanie są mało realne, bo przecież „już ja bym temu wilkowi pokazał/a!”, to jednak uczą wiary we własne możliwości, budują przekonanie, że samo potrafi dać sobie radę.

Nie bójmy się tego. Dziecko i tak nauczy się praktycznego podejścia do życia, nie raz los sprowadzi go przecież na ziemię. Realizm i racjonalizm i tak je dopadną. Pamiętajmy jednak, że z lataniem jest jak z jazdą na rowerze – kto raz się nauczy, będzie umiał zawsze… Czasami trzeba tylko sobie przypomnieć. A my – dorośli - dobrze wiemy, jak bardzo by nam się teraz przydała choć odrobina tej zdolności. Może warto – dla dziecka i razem z dzieckiem.

Kiedy moja starsza córka była we wczesnym wieku szkolnym i rozpoczęła samodzielne czytanie przed snem, wszystkie książki, które czytała, czytałam i ja. Podświadomie wiedziałam, jakie to ważne, co dziecko czyta i tym samym co kształtuje jego osobowość. A przecież moja znajomość literatury dziecięcej zakończyła się dawno temu. Od tego czasu pojawiło się wiele nowych pozycji, a wiele z tych starszych – niestety – zapomniałam. Chciałam być jednak dla niej partnerką do rozmowy, do wymiany refleksji po lekturze. I tak rozpoczął się mój literacki powrót do czasów dziecięcych, który trwa do dziś - tyle że zmieniłam rozmówczynię, bo tę rolę przejęła moja młodsza córka. I uwierzcie mi - naprawdę można fajnie pogadać o literaturze z 10-latkiem! Spostrzeżenia potrafią zaskoczyć, poziom wrażliwości – zawstydzić a pamięć… - to lepiej przemilczeć, bo nigdy jej nie dorównamy. Trzeba tylko wiedzieć o czym się rozmawia. ;)

Dlatego właśnie na moim blogu znajdziecie recenzje książek dla dzieci, kilka gotowych tekstów, które będziecie mogli im przeczytać oraz garść przemyśleń, o których będziemy mogli wspólnie podyskutować. Mam nadzieję, że uda mi się stworzyć miejsce, które dzięki nam – rodzicom - pomoże naszym dzieciom latać… - rozwijać wyobraźnię, wyrażać siebie, radzić sobie z emocjami oraz oglądać świat z wysokości, gdzie horyzont nie jest ograniczeniem, ale obietnicą nowych perspektyw. :)

Serdecznie zapraszam!

Małgorzata Połeć-Rozbicka


ZAPRASZAM DO GRONA STAŁYCH CZYTELNIKÓW lekkiepiora.pl

 

© LEKKIE PIÓRA
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci